sobota, 26 września 2015

Rozdział 5

     Godzinę przed umówionym czasem, zaczęłam szykować się na randkę spotkanie z Mattem. Ponieważ nie znam planu dzisiejszego wieczoru, postawiłam na wygodę. Włożyłam dżinsy, białą bokserkę i czarną bluzę z kapturem. Włosy splotłam w luźny warkocz. Wkładam telefon do tylnej kieszeni spodni i schodzę na dół po buty.
     -Mamo! Wychodzę!- Krzyczę, przypatrując się butom. Lepsze będą trampki czy glany?
     -Gdzie idziesz?!- Odkrzykuje z salonu, nie odrywając wzroku od jednego z jej ulubionych czasopism. 
     -Umówiłam się ze znajomymi.- Drobne kłamstewko nikomu nie zaszkodzi, prawda? Przyglądam się butom i w końcu decyduję się na glany. Mają wzmacniane metalem czuby, więc w razie gdyby Matt okazał się gwałcicielem lub też seryjnym mordercą, będę mogła go porządnie kopnąć.
     -Dobrze, ale nie wracaj za późno.
     -Ok. Wrócę o przyzwoitej porze.- Kończę wiązać buty i otwieram drzwi. -Paa!- Krzyczę jeszcze przez ramię i wychodzę przed dom.
     Mieszkamy w małym szeregowcu na przedmieściach Londynu. Ma białe, otynkowane ściany i czerwony dach. Przy wejściu jest mały ogródek kwiatowy, którym się opiekuję. Jesienią kwitną w nim  aksamitki i czerwona róża rosnąca pod oknem, latem lwie paszcze i hortensje, natomiast teraz tulipany i krokusy. 
     Do mostu Blackfriars jest kawał drogi, więc postanawiam poczekać na busa. Na dworze jest jeszcze widno. Mamy wczesny kwiecień, więc na dworze jest bardzo przyjemnie. Drzewa rosnące przy drodze zaczynają wypuszczać pierwsze listki, a ptaki latają tu i tam, kończąc swoje gniazda. 
     Na przystanku oprócz mnie czeka jeszcze jakaś starcza pani i młody mężczyzna z bukietem kwiatów. Pewnie umówił się z dziewczyną, albo też z chłopakiem. Teraz to nie jest już takie oczywiste.
Autobus podjeżdża po około 10 minutach. Razem ze mną wsiada mężczyzna z bukietem. Siadam z tyłu i wyciągam telefon z kieszeni. Rozplątuje zawinięte wokół niego słuchawki i puszczam Gansów. 
Kiedy dojeżdżamy do centrum i autobus zatrzymuje się na jednym z przystanków, chłopak z bukietem wysiada. Z ciekawości podążam za nim wzrokiem. Podchodzi do jednego ze stolików eleganckiej kawiarni. Chłopak przy nim siedzący na widok tego drugiego wstaje i obydwaj wpadają sobie w ramiona. A więc jednak gej. Nie mam nic przeciwko nim, w sumie są całkiem spoko, bo nie widzą w dziewczynie tylko zabaweczki z którą można przyjemnie spędzić noc, tylko normalnego człowieka z uczuciami. Mam jednego homo w klasie. Ma na imię Alec i jest naprawdę świetnym gościem. 
     Autobus staje na moście Blackfriars. Wysiadam i rozglądam się w poszukiwaniu znajomej blond czupryny, ale niczego nie zauważam. Postanawiam więc puść na środek mostu i tam usiąść na jednej z ławek. Idę powolnym krokiem i przyglądam się Tamizie. Woda jest brudna i czuć od niej mułem, ale mimo wszystko, panorama Londynu jest piękna. 
     Kiedy jestem już prawie po środku, zauważam Matta. Opiera się łokciami o białą balustradę. Dzisiaj jest ubrany w skórzaną kurtkę, pod którą ma biały podkoszulek, i w szare dżinsy. Podchodzę bliżej i siadam na balustradzie obok niego.
     -Cześć Matt.- mówię kiedy on po dłuższej chwili nie daje znaku życia.
     -O! Cześć Ann.- Potrząsa głową, jakby przed chwilą wybudził się z transu. Ma lekko przymglony wzrok, a jego głos dochodzi tak jakby z daleka. Chyba zatopił się w myślach.
     -Po co chciałeś się spotkać?
     -A co? Czy teraz chłopak nie może zaprosić pięknej dziewczyny na randkę?- Uśmiecha się do mnie i pewnie gdybym była jakąś inną dziewczyną, zemdlałabym od tego uśmiechu. 
     -Oczywiście, że może. I dlaczego cały czas nazywasz mnie piękną?
     -Bo taka jesteś.- Pochłania mnie swoim szmaragdowym spojrzeniem. 
     -Wcale nie.
     -A właśnie, że tak, i nie zaprzeczaj temu, bo to nie ładnie kłamać.- Przeszywam go morderczym spojrzeniem. Wcale nie jestem piękna! Może nie paskudna, ale na pewno nie piękna.
     -Czyli, że co? To ma być jakaś randka, czy jak?
     -No, coś w tym stylu.- Odpycha się od barierki i staje przede mną. -Czy zechciałaby pani towarzyszyć mi dzisiejszego wieczoru?-Prawie wybucham śmiechem. Ta gadka tak bardzo nie pasuje do jego wyglądu, na bo od kiedy to wytatuowani goście rzucają teksty godne wiktoriańskiego dżentelmena. Nie do końca udaje mi się jednak ukryć moje rozbawienie, bo Matt pyta: -Co cię tak bawi?
     -Nic.- Ale nie daje się nabrać i unosi pytająco jedną brew.- No dobra. Ty mnie bawisz. A dokładniej ten tekst "Czy zechce pani...?". W ogóle do ciebie nie pasuje.- Uśmiecham się kącikiem ust.
     -Czyli co? Mam nie być dżentelmenem?
     -Jeśli tego właśnie chcesz...
     -Sprawi mi to naprawdę wielką przyjemność, o pani.- Mówi i składa przede mną teatralny ukłon. Tym razem już nie wytrzymuję i wybucham głośnym śmiechem. Matt, nadal zgięty w pół, wyszczerza się w szerokim uśmiechu i po chwili się prostuje. Czeka aż przestanę się śmiać, co nie jest takie proste. Przechodnie rzucają nam ukradkowe spojrzenia, przez które jeszcze trudniej jest mi się opanować. Kiedy mój śmiech cichnie do chichotu, Matt dalej podejmuje swoje wystąpienie.- Nie odpowiedziałaś jeszcze na moje pierwsze pytanie, pani.- Jego twarz przybiera wyczekujący wyraz, a ja mam wielką chęć mu odmówić, tylko po to żeby zobaczyć jego reakcje.
     -Jak mogłabym ci odmówić? Przecież jesteś taki miły i dobre wychowany.
     -Co do wychowania miał bym koneksje.- Kładzie dłonie na moich kolanach i przesuwa nimi w górę, aż do bioder. Ściąga mnie z balustrady i przyciąga moje biodra do swoich. 
     Jestem zbyt oszołomiona żeby cokolwiek zrobić, więc stoję i wpatruję się w niego szeroko otwartymi oczami. Dłonie Matta przesuwają się na mój tyłek i delikatnie na nim zaciskają. Czyli jednak jest gwałcicielem! Uświadamiam sobie tą rzecz, ale dalej stoję jak posąg. Matt pochyla się nade mną i już mam nadzieję myślę, że mnie pocałuje, ale on tylko ociera się nosem o mój policzek. Głęboko wciąga w płuca mój zapach, tak jakby były to najpiękniejsze znane mu perfumy. Przeszywa mnie dreszcz rozkoszy zdenerwowania. A potem nagle...
     ODSUWA SIĘ,
a ja jestem tak samo zaskoczona jak wtedy, gdy mnie do siebie przyciągną. Chciałam, żeby mnie pocałował Chciałam, żeby okazał się gwałcicielem Chciałabym, żeby to się nie wydarzyło. 
     Mam szeroko otwarte usta i muszę wyglądać trochę jak ryba. Natomiast Matt stoi jak by nigdy nic, z rękami w kieszeniach rękami, które przed chwilą zaciskały się na moim tyłku i uśmiecha się do mnie półgębkiem. 
     -Co to miało być?- Prawię krzyczę, kiedy udaje mi się w końcu dojść do siebie.
     -Udowodnienie, iż w cale nie nie jestem tak dobrze wychowany.- Jego uśmiech staje się szerszy i lekko diaboliczny.
     -Teraz to już na pewno nigdzie z tobą nie pójdę.- Zaplatam ręce na piersiach i odwracam od niego wzrok.
     -Nie był bym tego taki pewny.- Zanim się zorientuję, Matt już stoi przy mnie i zarzuca mnie sobie na ramię. Krzyczę przestraszona, a przechodzący mostem przechodnie przystają, żeby przyjrzeć się tej scenie. Biję i kopię Matta, ale on nawet w najmniejszym stopniu na to nie reaguje. Zawisam więc bezwładnie na jego barku, kiedy on idzie przez most. 
     Gdy z niego schodzi, skręca w prawo. Mijamy kilka budynków i Matt skręca w wąską uliczkę. Idzie jeszcze kawałek, a potem zatrzymuje się i stawia mnie na ziemi obok pięknego, czarnego ścigacza. Przyglądam mu się jak zaczarowana. Zawsze chciałam mieć motocykl i to dokładnie taki jak ten. Nie to żeby się znała, bo niby skąd, ale wiem wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że ten motocykl nie był tani. Jeśli się nie mylę to jeden z najnowszych modeli Buelli. Bardzo drogie cacko. Zerkam to na Matta, to na motocykl. Czy to możliwe, że należy do niego. Jak by w odpowiedzi na moje pytanie Matt wyciąga z kieszeni kluczyki. 
     -Nie mów mi tylko, że to cudo należy do ciebie.
     -Nic nie mówię.-Ale za to wsiada na niego i odpala silnik.- Wskakujesz czy nie?-Ton jego głosu jest czysto wyzywający.
     -Dokąd właściwie chcesz mnie zabrać?- Pytam podejrzliwie. 
     -To niespodzianka. Zaufaj mi, spodoba ci się.- Nie mam powodów aby mu ufać, ale jednak jestem ciekawa tego co może mi pokazać. Wsiadam na siodełko za nim i coś sobie uświadamiam.
     -Zrobiłeś to specjalnie!- wykrzykuję poirytowana.
     -Co?- Matt odwraca się do mnie przez ramię z zaskoczonym wyrazem twarzy. 
     -Specjalnie wybrałeś ten środek transportu.- Robię naburmuszoną minę i zaplatam ręce ciasno na piersiach. Matt patrzy ta na moją twarz, to na zaplecione ręce, a na jego twarzy powoli pojawia się wyraz zrozumienia.
     A potem zaczyna się śmiać.
     Jest to najpiękniejszy śmiech jaki w życiu słyszałam Przyglądam mu się i sama próbuję się nie roześmiać. Po chwili Matt milknie i zaczyna mi się intensywnie przyglądać. Moje ręce opadają po bokach. Mój towarzysz wzdycha i chwyta moje dłonie. Oplata je sobie wokół brzucha, przez co przysuwam się do niego tak blisko, że moje piersi dotykają jego pleców. Próbuję się od niego trochę odsunąć, ale to nie jest takie proste, bo ten model Buelli jest dość krótki. Zaprzestaję moich daremnych prób, kiedy okazuje się iż nie za wiele tym zaradzę. 
     Kiedy przestaję się wiercić, Matt w końcu wyjeżdża z uliczki i włącza się do wieczornego, londyńskiego ruchu.


                                                                                                                         
Po mojej jakże długiej, bo prawie 2-miesięcznej nieobecności, powracam z nowym rozdziałem. Nie jest może najdłuższy, ale sporo się w nim dzieje (przynajmniej według mnie), tak więc mam nadzieję, że mi wybaczycie. 
Piszcie, co o nim myślicie w komentarzach. 

2 komentarze: