sobota, 28 listopada 2015

Rozdział 6

     Przejechaliśmy przez centrum. Matt sprawnie manewrował pomiędzy innymi pojazdami. Nie wiedziałam dokąd mnie wiezie. Wiedziałam tylko, że na północ.
     Teraz jesteśmy gdzieś pośrodku niczego. Jedziemy pustą drogą pośrodku pól. Zimne powietrze wdziera mi się w każdą najmniejszą szparę pomiędzy ubraniem, przez co jest mi strasznie zimno. Wtulam się mocno w plecy Matta, któremu najprawdopodobniej się to podoba, aż czuję ten cholerny uśmieszek pełzający po jego ustach. Wiatr rozwiał mi włosy, tak że z warkocza zostały nędzne resztki, które chłoszczą mnie teraz po twarzy. Wcześniej próbowałam coś z nimi zrobić, ale nie jest to łatwe na motorze pędzącym ponad 130 km/h.
     Niebo nad nami przybrało fioletową barwę. Wygląda jak jeden wielki siniak. Gdzieniegdzie widać już pierwsze gwiazdy, nad którymi góruje ogromny księżyc.
     -Matt, powiesz mi w końcu dokąd jedziemy?- Pytam już chyba setny raz w ciągu dzisiejszego dnia, chociaż wcale nie spodziewam się już odpowiedzi.
     -Nie. -Mówi i tym kończy rozmowę. Nie wiem czego on ode mnie chce. Może wiezie mnie gdzieś, gdzie mnie sprzeda do jakiegoś burdelu i słuch po mnie zaginie? Albo jest seryjnym mordercą.
     A tak nie może być! Przecież muszę doprowadzić plan do skutku.
     Plan w gruncie rzeczy jest taki, że rozkocham w sobie Matta. A następnie doprowadzę Kacpra do zazdrości o niego. Wyklucza on jednak to, że zostanę przez niego sprzedana, no i to, że sama się w nim zakocham. Jeśli by się tak stało, byłaby to kompletna porażka!
     Gdzieś z oddali docierają do mnie odgłosy imprezy.
     Matt skręca w prawo, gdzie droga prowadzi lekko pod górkę. Za wzniesieniem dostrzegam światła, a muzyka staje się głośniejsza. Czyżby Matt zabierał mnie na jakąś imprezę pośrodku niczego?
     Motocykl zatrzymuje się na chwilę na szczycie pagórka i teraz już wiem, że miałam rację.
     Przed nami rozciąga się coś na kształt kotliny, choć jest raczej mała i otoczona niedużymi wzniesieniami. Przez jej środek przebiega droga którą tu dojechaliśmy. Natomiast w samym centrum widzę masę ciał, samochodów i -oczywiście- motocykli.
    Matt zerka na mnie przez ranie, a kiedy nie reaguję, kręci lekko głową i zjeżdża w dół pagórka. Kiedy Jesteśmy już bliżej, zauważam, że wszyscy są pomiędzy 16 a 25 rokiem życia, co wcale mnie nie dziwi. Większość dziewczyn jest poubierana w krótkie spódniczki, albo spodnie tak obcisłe, że zastanawiam się w jaki sposób krew dopływa im jeszcze do stóp. No a bluzki to zazwyczaj jakieś ledwo cokolwiek zakrywające skrawki materiału lub koronki (która nie zakrywa praktycznie nic). Chłopaki opierający się o swoje samochody lub motocykle, przyciągają do ciebie te co skąpiej ubrane lale. Taaa, nie jest to szczyt moich marzeń na spędzenie wieczoru.
     -Hej! Przyjechał Matt!- Krzyczy jakiś męski głos. Matt chyba jest tutaj kimś znaczącym. Na te słowa wszyscy zaczynają patrzeć w naszym kierunku, a w moim brzuchu zaciska się węzeł. Chłopaki taksują mnie wzrokiem i posyłają Matt’owi znaczące uśmiechy, natomiast dziewczyna rzucają mi mordercze spojrzenia.
Zaczynam się czuć jak kociak w klatce wygłodniałych lwów (wygłodniałych na różne sposoby).
     Matt wjeżdża w sam środek tego stada, tak jakby specjalnie chciał, żeby wszyscy mnie zobaczyli. Jedzie powoli, więc sięgam do gumki związującej nędzne resztki warkocza i ściągam ją energicznym ruchem, pozwalając włosom swobodnie opaść na ramiona. Silnik gaśnie, więc szybko, ale tak żeby nie narobić sobie obciachu, zsiadam z motocykla, a chwile później to samo robi Matt. Zaplatam ręce i opieram się o stojącą już stabilnie maszynę. Tłum w jednym miejscu rozstępuje się, a naszym oczom ukazuje się chłopak mniej więcej w wieku mojego towarzysza.
     Jest ubrany w biały podkoszulek i dżinsy. Na brązowych włosach przewiązaną ma czerwoną bandanę. Chłopak jest wysoki i dobrze zbudowany, a na lewym ramieniu na wytatuowane czarne płomienie. Ma podbródek lekko wysunięty do przodu i delikatnie zaznaczone kości policzkowe i niebieskie jak niebo w pogodny dzień oczy. Co muszę przyznać, jest całkiem przystojny, chociaż przy Macie wygląda jak paskuda.
     Na tę myśl parskam cicho i z rozbawieniem kręcę głową. Matt oczywiście musiał to usłyszeć, bo teraz zerka na mnie z pytaniem w oczach. W odpowiedzi wywracam tylko oczami, a cień uśmiechu tańczy na jego ustach. To tak niesamowite usta. 
     -Matt! Jesteś wreszcie! Wszyscy czekamy tylko na ciebie!- Mówi chłopak stając przed Mattem. Wymieniają szybki przyjacielski uścisk.
     -Sory za spóźnienie, ale przekonanie tej tu…- w tym momencie wskazuje na mnie, na co przewracam oczami i uśmiecham się kącikiem ust- … żeby ze mną przyszła, zajęło mi trochę czasu.- Posyła mi łobuzerski uśmiech, a ja mam tak wielką ochotę trzepnąć do w łeb, ale jakoś udaje mi się powstrzymać. W tym czasie jego kolega taksuje mnie oceniającym wzrokiem, jak większość otaczających nas osób.
     -A no właśnie, może przedstawiłbyś mi swoją śliczną koleżankę?
     -Joel, to jest…
     -Matt dzięki, ale jeszcze nie zapomniałam jak mam na imię.-nie daję mu dokończyć. Ten traci rezon i patrzy się na mnie głupkowato. Wzdycham ciężko i kręcę głową.- Co się tak gapisz? Zrobiłam się niebieska, czy co?
     -Uuu… Zadziorna. Lubię takie- Joel posyła mi znaczący uśmiech.- Zdradź mi swoje imię piękna.
     -Nazywam się Ann. I lepiej zmyj z twarzy ten uśmiech. Nie masz na co liczyć Joel.- Uśmiecham się złowrogo, a przynajmniej próbuję.
     -Chyba się zakochałem.- Joel chwyta nie teatralnie za serce, podchodzi do mnie i klęka u mych stóp.- Och droga Ann, wyjdziesz za mnie?- pyta, a ja ledwo powstrzymuję parsknięcie.
     -Tak, o ile przestaniesz się zachowywać jak idiota i skoczysz po jakieś piwo.- Ludzie wokół nas śmieją się histerycznie. Joel zrywa się z miejsca i składa przede mną ukłon.
     -O pani mojego serca, dla ciebie zrobię wszystko.- odwraca się i znika w tłumie ludzi.
     -Polubił cię.- szepcze mi Matt do ucha. Nawet nie zauważyłam kiedy tak blisko podszedł i wzdrygam się lekko kiedy jego oddech owiewa moją skórę. Odsuwam się o krok i zerkam na niego.
     -I co w tym niby takiego nadzwyczajnego?
     -Nigdy nie polubił żadnej mojej dziewczyny.
     - A od kiedy to ja niby jestem twoją dziewczyną?- Twarz Matt’a wykrzywia się w lekkim grymasie i już ma coś powiedzieć, ale dołącza do nas Joel z trzema butelka mi piwa. Jedną rzuca Matt’owi, a drugą podaje mi teatralnym gestem, na co cicho się śmieję.
     -Wybacz mi o pani, ale obowiązki wzywają.- Mówiąc to odchodzi i wskakuje na pakę najbliższego pickup’a.
     -Jak już wiecie, nasz król w końcu zaszczycił nas swą obecnością i przywiózł ze sobą obiekt mych przyszłych snów.- Puszcza mi przesadne oczko, na co parskam śmiechem.- Tak więc czas zacząć zabawę. Pierwszy wyścig za 3 minuty!- krzyczy.
     Teraz zaczyna się prawdziwe piekło. Chłopaki odpalają maszyny, ktoś puścił głośniej muzykę, a wszyscy ci którzy się nie ścigają, przenoszą się pora zaparkowane samochody. Joel przebiega wzdłuż drogi, rysując na niej sprejem linię startu. Za chwilę ustawią się na niej dwóch pierwszych zawodników. Naprzeciw nich stale skąpo ubrana dziewczyna trzymająca dwie chorągiewki. W tym czasie ludzie ustawili się po obu stronach drogi, a ja i Matt stoimy oparci o maskę czyjegoś samochodu. Dziewczyna na starcie zerka na stojących przed nią chłopaków, którzy zawzięcie forsują silniki.  Wyćwiczonym gestem dziewczyna opuszcza chorągiewki.
     Ruszają.
     Z  niesamowitą prędkością pędzą przed siebie. Jadą coraz szybciej. W oddali zauważam czerwone światło. Ktoś trzyma w górze racę. „Pewnie tam jest meta” myślę. Ale się mylę. Kiedy zawodnicy dojeżdżają do tamtego miejsca robią coś co nazwałabym „zwrotem o 180 na przednim kole”. Na pewno ten manewr ma jakąś profesjonalną nazwę, ale jej nie znam. Teraz jadą w naszą stronę, jeden co chwila wyprzedza drugiego. Nagle chłopak jadący na czerwonym motocyklu wysuwa się na prowadzenie. To on pierwszy przekracza metę.
     Jeśli myślała, że wcześniej było głośno, to teraz pękają mi bębenki. Ludzie wiwatują, a zwycięzcę otacza tłum. Kiedy harmider trochę cichnie głos zabiera Joel.
     - Wygrał Peter! Ej, ludzie, dajcie mu odetchnąć!
     Moją uwagę przykuwa przegrany zawodnik, który niepostrzeżenie wycofał się na tyły.
     -Matt, zaraz wrócę. Muszę coś sprawdzić.- Nie czekając na odpowiedź ruszam w kierunku chłopaka.
     Przeciskam się pomiędzy paroma grupkami osób. Kiedy stoję już jakieś dwa metry od niego, wiem, że się nie pomyliłam.
     -Alec? Co ty tu robisz?- Pytam bardzo jego widokiem.
     -Ooo, Ann. Byłem ciekaw czy mnie zauważysz.- Posyła mi słaby uśmiech.
     Alec szczypiorowatym Azjatą. Ma przydługie czarne włosy, które opadają mu na szare migdałowate oczy. Włosy stanowią duży kontrast z jasną cerą. Alec zawsze był wzorowym uczniem i nie wychylał się po za nawias.
     Przynajmniej tak myślałam do tej pory.
     -Nigdy nawet nie przyszło do głowy, że możesz lubić się ścigać.- wyrzucam z siebie.
     -Wesz…- przejeżdża ręką po karku- to, że nie wyglądam jak ci goście…- otacza wzrokiem otoczenie, na dłużej zatrzymując się na Macie, który swoją drogą uważnie nam się przygląda- to nie znaczy, że nie mogę się ścigać.
     -Nie o to mi chodziło.- zaczynam się tłumaczyć.- Miałam na myśli, że zawsze wyglądałeś na takiego cichego i spokojnego.- Posyłam mu przepraszające spojrzenie. Alec przygląda mi się w skupieniu. Po chwili wzdycha ciężki i zerka na Matta.
     -Lepiej idź już do swojego chłopka, bo jeszcze zaraz sam się tu pofatyguje.
     -Dla twojej wiadomości, to nie jest mój chłopak.- mówię jeszcze i odwracam się z zamiarem odejścia.
     -Co za różnica.-słyszę jeszcze za sobą, ale kiedy zerkam przez ramię, Alec już wsiada na motor, odpala silnik i odjeżdża. Kiedy podchodzę do Matta, ten zadaje jedno z najbardziej oczywistych pytań.
     -Kto to był?
     -Kolega ze szkoły.- Posyła mi niedowierzające spojrzenie, ale nie mam zamiaru udzielać mu wyjaśnień. Moją głowę zaprząta teraz Alec.


______________________________________________________________
Witam moi kochani! Przepraszam, że tak długo to trwało, ale w końcu jest nowy rozdział! Jupiii! Mam nadzieję, że się podoba, i że wybaczycie mi tą długą nieobecność.

sobota, 26 września 2015

Rozdział 5

     Godzinę przed umówionym czasem, zaczęłam szykować się na randkę spotkanie z Mattem. Ponieważ nie znam planu dzisiejszego wieczoru, postawiłam na wygodę. Włożyłam dżinsy, białą bokserkę i czarną bluzę z kapturem. Włosy splotłam w luźny warkocz. Wkładam telefon do tylnej kieszeni spodni i schodzę na dół po buty.
     -Mamo! Wychodzę!- Krzyczę, przypatrując się butom. Lepsze będą trampki czy glany?
     -Gdzie idziesz?!- Odkrzykuje z salonu, nie odrywając wzroku od jednego z jej ulubionych czasopism. 
     -Umówiłam się ze znajomymi.- Drobne kłamstewko nikomu nie zaszkodzi, prawda? Przyglądam się butom i w końcu decyduję się na glany. Mają wzmacniane metalem czuby, więc w razie gdyby Matt okazał się gwałcicielem lub też seryjnym mordercą, będę mogła go porządnie kopnąć.
     -Dobrze, ale nie wracaj za późno.
     -Ok. Wrócę o przyzwoitej porze.- Kończę wiązać buty i otwieram drzwi. -Paa!- Krzyczę jeszcze przez ramię i wychodzę przed dom.
     Mieszkamy w małym szeregowcu na przedmieściach Londynu. Ma białe, otynkowane ściany i czerwony dach. Przy wejściu jest mały ogródek kwiatowy, którym się opiekuję. Jesienią kwitną w nim  aksamitki i czerwona róża rosnąca pod oknem, latem lwie paszcze i hortensje, natomiast teraz tulipany i krokusy. 
     Do mostu Blackfriars jest kawał drogi, więc postanawiam poczekać na busa. Na dworze jest jeszcze widno. Mamy wczesny kwiecień, więc na dworze jest bardzo przyjemnie. Drzewa rosnące przy drodze zaczynają wypuszczać pierwsze listki, a ptaki latają tu i tam, kończąc swoje gniazda. 
     Na przystanku oprócz mnie czeka jeszcze jakaś starcza pani i młody mężczyzna z bukietem kwiatów. Pewnie umówił się z dziewczyną, albo też z chłopakiem. Teraz to nie jest już takie oczywiste.
Autobus podjeżdża po około 10 minutach. Razem ze mną wsiada mężczyzna z bukietem. Siadam z tyłu i wyciągam telefon z kieszeni. Rozplątuje zawinięte wokół niego słuchawki i puszczam Gansów. 
Kiedy dojeżdżamy do centrum i autobus zatrzymuje się na jednym z przystanków, chłopak z bukietem wysiada. Z ciekawości podążam za nim wzrokiem. Podchodzi do jednego ze stolików eleganckiej kawiarni. Chłopak przy nim siedzący na widok tego drugiego wstaje i obydwaj wpadają sobie w ramiona. A więc jednak gej. Nie mam nic przeciwko nim, w sumie są całkiem spoko, bo nie widzą w dziewczynie tylko zabaweczki z którą można przyjemnie spędzić noc, tylko normalnego człowieka z uczuciami. Mam jednego homo w klasie. Ma na imię Alec i jest naprawdę świetnym gościem. 
     Autobus staje na moście Blackfriars. Wysiadam i rozglądam się w poszukiwaniu znajomej blond czupryny, ale niczego nie zauważam. Postanawiam więc puść na środek mostu i tam usiąść na jednej z ławek. Idę powolnym krokiem i przyglądam się Tamizie. Woda jest brudna i czuć od niej mułem, ale mimo wszystko, panorama Londynu jest piękna. 
     Kiedy jestem już prawie po środku, zauważam Matta. Opiera się łokciami o białą balustradę. Dzisiaj jest ubrany w skórzaną kurtkę, pod którą ma biały podkoszulek, i w szare dżinsy. Podchodzę bliżej i siadam na balustradzie obok niego.
     -Cześć Matt.- mówię kiedy on po dłuższej chwili nie daje znaku życia.
     -O! Cześć Ann.- Potrząsa głową, jakby przed chwilą wybudził się z transu. Ma lekko przymglony wzrok, a jego głos dochodzi tak jakby z daleka. Chyba zatopił się w myślach.
     -Po co chciałeś się spotkać?
     -A co? Czy teraz chłopak nie może zaprosić pięknej dziewczyny na randkę?- Uśmiecha się do mnie i pewnie gdybym była jakąś inną dziewczyną, zemdlałabym od tego uśmiechu. 
     -Oczywiście, że może. I dlaczego cały czas nazywasz mnie piękną?
     -Bo taka jesteś.- Pochłania mnie swoim szmaragdowym spojrzeniem. 
     -Wcale nie.
     -A właśnie, że tak, i nie zaprzeczaj temu, bo to nie ładnie kłamać.- Przeszywam go morderczym spojrzeniem. Wcale nie jestem piękna! Może nie paskudna, ale na pewno nie piękna.
     -Czyli, że co? To ma być jakaś randka, czy jak?
     -No, coś w tym stylu.- Odpycha się od barierki i staje przede mną. -Czy zechciałaby pani towarzyszyć mi dzisiejszego wieczoru?-Prawie wybucham śmiechem. Ta gadka tak bardzo nie pasuje do jego wyglądu, na bo od kiedy to wytatuowani goście rzucają teksty godne wiktoriańskiego dżentelmena. Nie do końca udaje mi się jednak ukryć moje rozbawienie, bo Matt pyta: -Co cię tak bawi?
     -Nic.- Ale nie daje się nabrać i unosi pytająco jedną brew.- No dobra. Ty mnie bawisz. A dokładniej ten tekst "Czy zechce pani...?". W ogóle do ciebie nie pasuje.- Uśmiecham się kącikiem ust.
     -Czyli co? Mam nie być dżentelmenem?
     -Jeśli tego właśnie chcesz...
     -Sprawi mi to naprawdę wielką przyjemność, o pani.- Mówi i składa przede mną teatralny ukłon. Tym razem już nie wytrzymuję i wybucham głośnym śmiechem. Matt, nadal zgięty w pół, wyszczerza się w szerokim uśmiechu i po chwili się prostuje. Czeka aż przestanę się śmiać, co nie jest takie proste. Przechodnie rzucają nam ukradkowe spojrzenia, przez które jeszcze trudniej jest mi się opanować. Kiedy mój śmiech cichnie do chichotu, Matt dalej podejmuje swoje wystąpienie.- Nie odpowiedziałaś jeszcze na moje pierwsze pytanie, pani.- Jego twarz przybiera wyczekujący wyraz, a ja mam wielką chęć mu odmówić, tylko po to żeby zobaczyć jego reakcje.
     -Jak mogłabym ci odmówić? Przecież jesteś taki miły i dobre wychowany.
     -Co do wychowania miał bym koneksje.- Kładzie dłonie na moich kolanach i przesuwa nimi w górę, aż do bioder. Ściąga mnie z balustrady i przyciąga moje biodra do swoich. 
     Jestem zbyt oszołomiona żeby cokolwiek zrobić, więc stoję i wpatruję się w niego szeroko otwartymi oczami. Dłonie Matta przesuwają się na mój tyłek i delikatnie na nim zaciskają. Czyli jednak jest gwałcicielem! Uświadamiam sobie tą rzecz, ale dalej stoję jak posąg. Matt pochyla się nade mną i już mam nadzieję myślę, że mnie pocałuje, ale on tylko ociera się nosem o mój policzek. Głęboko wciąga w płuca mój zapach, tak jakby były to najpiękniejsze znane mu perfumy. Przeszywa mnie dreszcz rozkoszy zdenerwowania. A potem nagle...
     ODSUWA SIĘ,
a ja jestem tak samo zaskoczona jak wtedy, gdy mnie do siebie przyciągną. Chciałam, żeby mnie pocałował Chciałam, żeby okazał się gwałcicielem Chciałabym, żeby to się nie wydarzyło. 
     Mam szeroko otwarte usta i muszę wyglądać trochę jak ryba. Natomiast Matt stoi jak by nigdy nic, z rękami w kieszeniach rękami, które przed chwilą zaciskały się na moim tyłku i uśmiecha się do mnie półgębkiem. 
     -Co to miało być?- Prawię krzyczę, kiedy udaje mi się w końcu dojść do siebie.
     -Udowodnienie, iż w cale nie nie jestem tak dobrze wychowany.- Jego uśmiech staje się szerszy i lekko diaboliczny.
     -Teraz to już na pewno nigdzie z tobą nie pójdę.- Zaplatam ręce na piersiach i odwracam od niego wzrok.
     -Nie był bym tego taki pewny.- Zanim się zorientuję, Matt już stoi przy mnie i zarzuca mnie sobie na ramię. Krzyczę przestraszona, a przechodzący mostem przechodnie przystają, żeby przyjrzeć się tej scenie. Biję i kopię Matta, ale on nawet w najmniejszym stopniu na to nie reaguje. Zawisam więc bezwładnie na jego barku, kiedy on idzie przez most. 
     Gdy z niego schodzi, skręca w prawo. Mijamy kilka budynków i Matt skręca w wąską uliczkę. Idzie jeszcze kawałek, a potem zatrzymuje się i stawia mnie na ziemi obok pięknego, czarnego ścigacza. Przyglądam mu się jak zaczarowana. Zawsze chciałam mieć motocykl i to dokładnie taki jak ten. Nie to żeby się znała, bo niby skąd, ale wiem wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że ten motocykl nie był tani. Jeśli się nie mylę to jeden z najnowszych modeli Buelli. Bardzo drogie cacko. Zerkam to na Matta, to na motocykl. Czy to możliwe, że należy do niego. Jak by w odpowiedzi na moje pytanie Matt wyciąga z kieszeni kluczyki. 
     -Nie mów mi tylko, że to cudo należy do ciebie.
     -Nic nie mówię.-Ale za to wsiada na niego i odpala silnik.- Wskakujesz czy nie?-Ton jego głosu jest czysto wyzywający.
     -Dokąd właściwie chcesz mnie zabrać?- Pytam podejrzliwie. 
     -To niespodzianka. Zaufaj mi, spodoba ci się.- Nie mam powodów aby mu ufać, ale jednak jestem ciekawa tego co może mi pokazać. Wsiadam na siodełko za nim i coś sobie uświadamiam.
     -Zrobiłeś to specjalnie!- wykrzykuję poirytowana.
     -Co?- Matt odwraca się do mnie przez ramię z zaskoczonym wyrazem twarzy. 
     -Specjalnie wybrałeś ten środek transportu.- Robię naburmuszoną minę i zaplatam ręce ciasno na piersiach. Matt patrzy ta na moją twarz, to na zaplecione ręce, a na jego twarzy powoli pojawia się wyraz zrozumienia.
     A potem zaczyna się śmiać.
     Jest to najpiękniejszy śmiech jaki w życiu słyszałam Przyglądam mu się i sama próbuję się nie roześmiać. Po chwili Matt milknie i zaczyna mi się intensywnie przyglądać. Moje ręce opadają po bokach. Mój towarzysz wzdycha i chwyta moje dłonie. Oplata je sobie wokół brzucha, przez co przysuwam się do niego tak blisko, że moje piersi dotykają jego pleców. Próbuję się od niego trochę odsunąć, ale to nie jest takie proste, bo ten model Buelli jest dość krótki. Zaprzestaję moich daremnych prób, kiedy okazuje się iż nie za wiele tym zaradzę. 
     Kiedy przestaję się wiercić, Matt w końcu wyjeżdża z uliczki i włącza się do wieczornego, londyńskiego ruchu.


                                                                                                                         
Po mojej jakże długiej, bo prawie 2-miesięcznej nieobecności, powracam z nowym rozdziałem. Nie jest może najdłuższy, ale sporo się w nim dzieje (przynajmniej według mnie), tak więc mam nadzieję, że mi wybaczycie. 
Piszcie, co o nim myślicie w komentarzach. 

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Informacje

Niewielu ludzi odwiedza tego bloga, ale tych, którzy to robią, chciałabym  poinformować, że brak nowych rozdziałów nie jest spowodowany niechęcią do dalszego pisania. Powodem tego jest brak możliwości skorzystania z internetu na komputerze. Ale obiecuję, że kiedy tylko nadarzy się ku temu okazja , od razu wstawię następny rozdział. ;-)

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Rozdział 4

Stoję przed szkolną szawką i próbuję ją otworzyć. Jak zwykle pokrętło do wybierania kodu strasznie się zacina, ale w końcu ustępuje i drzwiczki stają przede mną otworem.Cały czas myślę o dzisiejszym śnie. O co w nim chodziło? Dlaczego śnił mi się Matt? I dlaczego miał skrzydła? Bardzo chciałabym poznać odpowiedzi na te pytania.
     Coś nagle przelatuje mi przed oczami, wyrywając z odrętwienia.  Mrugam szybko rozkojarzona i odwracam się w lewo, gdzie natrafiam wzrokiem na moją przyjaciółkę Kim.
     - Ann, stoisz i gapisz się na tą szawkę już chyba 2 minuty. Co jest w niej takiego interesującego, że wymaga tak wnikliwej obserwacji?
     Kim jest typem sportowca. Koszykówka i siatkówka to jej ulubione dyscypliny i oczywiście jest w szkolnej reprezentacji. Jest wysoka i szczupła jak przystało na dobrego sportowca. Znamy się od podstawówki i jesteśmy praktycznie nierozłączne.
     - Oprócz tego iż w mojej szawce panuje straszny syf, nie ma w niej nic interesującego. Co innego można powiedzieć o moim dzisiejszym śnie.
     No i oczywiście Kim jak zawsze chce wszystko wiedzieć. Opowiadaj jej więc wydarzenia z wczorajszego dnia, a potem opisuję sen. Kim myśli przez chwilę, a potem zadaje tylko jedna pytanie:
     - Czy ten Matt ma dziewczynę?
     - Skąd mam wiedzieć? Nie znam go.- Mówię lekko zirytowana.- A nawet jeśli, to co?
     - To to, że z tego co zrozumiałam z twojej opowieści, to mu się spodobałaś- Wyszczerza zęby w przebiegłym uśmiechu.- A to oznacza iż może uda ci się zemścić na Kasprze!
     -Niby w jaki sposób?
     - Wzbudzimy w nim zazdrość. Wyobraź to sobie: chodzisz z chłopakiem, który nigdy nie był uczniem tego collage'u, którego prawie na pewno nikt nie zna i który jest- ponoć- nieziemsko przystojny.- Kim coraz bardziej pogrąża się w planowaniu. W tej chwili wygląda trochę jak mały złośliwy chochlik.- A teraz wyobraź sobie minę Kacpra kiedy zobaczy jak się całujecie i kiedy uświadomi sobie, że to nie on, lecz ten Matt zaprząta myśli większości żeńskiej części uczelni. Będzie zazdrosny i będzie próbował zrobić wszystko żeby to on był znów uważany za tego "najprzystojniejszego".- Uśmiecha się usatysfakcjonowana swoim jakże szatańskim planem, który... może się udać.
     Ale jest jeden problem, a mianowicie...
     - Kim, jak ja niby mam się z nim jeszcze kiedykolwiek zobaczyć, skoro nie mam jego numeru, ani tym bardziej nie wiem gdzie mieszka.
     - Kurde! Na prawdę nie wzięłaś od niego numeru? Serio? Ann, weź się czasem lepiej puknij w ten swój łeb.- Stuka mnie delikatnie w czoło i obydwie wybuchamy śmiechem. Po chwili patrzę na zegarek. Za 2 minuty mam pierwszą lekcję. Kim zresztą też. Żegnamy się krótkim "na razie" i odchodzimy- każda w swoją stronę.

* * *

     Lekcje przebiegają nadzwyczaj spokojnie. Kacper już mnie nie zaczepia, a ja nie chowam się przed nim jak to było jeszcze w tamtym tygodniu. Kim dowiedziała się o następnym międzyszkolnym meczu w kosza. No a ja narysowałam kilka niezłych rysunków. Jeden z nich oczywiście przedstawia anioła o płomiennych skrzydłach, a drugi- opadające czarne pióra.  Kiedy pokazałam je Kim ta od razu uznała iż teraz pewnie na większości moich prac będzie się pojawiał motyw ognia, piór i oczywiście aniołów.
    - Ej, a jak już rysujesz te anioły, to weź narysuj jakiegoś nago.- Przewracam rozbawiona oczami. Tak, jak najbardziej jest to zachowanie typowe dla Kim.- Albo wiesz co? Narysuj nagiego anioła dla  m n i e, żebym miała się do czego ślinić wieczorami. W zamian ja zrobię wszystko aby cię spiknąć z tym Mattem.
     W tym momencie odzywa się moja komórka. SMS. Wyciągam telefon z torby i okazuje się, że wiadomość jest od Matta. Ale jak? Przecież...
     No tak. Kiedy dałam mu wtedy telefon, musiał wpisać mi swój numer, a sobie pewnie przesłał SMS'a. Chyba nie mam mózgu, skoro nie domyśliłam się wcześniej.
     Treść wiadomości brzmi następująco: "Witaj Anastazjo. Jeśli nie masz nic przeciwko, dziś to ja chciałbym cię porać. Spotkaj się ze mną o 6.00 na Moście Blackfriars. Czekam na ciebie."
     -Kim?- Mówię ciągle zaskoczona niespodziewanym SMS'em.
     -Tak?
     - Już nie musisz szukać Matta. Właśnie do mnie napisał i chce się spotkać.
                                                                                                                                     
Jeśli w tym momencie (tak samo zresztą jak ja) uważacie Ann za bezmózgiego zombie, to macie do tego prawo. I jeśli boicie się, że wplotę w tą opowieść fragmenty fantasty, to muszę Was poinformować, że tego nie zrobię.
A tak poza tym to komentujcie, polecajcie bloga innym i koniecznie powiedzcie mi czy rozdział Wam się podobał, a jeśli nie to co było nie tak.

Następny rozdział pojawi się najwcześniej 13.08 ponieważ wyjeżdżam i nie biorę ze sobą laptopa. Mam nadzieję, że po powrocie zastanę więcej czytelników. ;-)

wtorek, 28 lipca 2015

Rozdział 3

Idę przez las. Dociera do mnie muzyka, a ziemia pod moimi stopami drga w jej rytm. Między drzewami prześwieca blask ognia. Wiem, że przede mną znajduje się polana. Słyszę podniecone krzyki tańczących nastolatków.
Kiedy podchodzę do krawędzi polany, okazuje się być pusta. Jeszcze raz przeczesuję wzrokiem otoczenie i zatrzymuję się na czarnej postaci pośrodku. Stoi tyłem do ognia, więcej nie widzę jego twarzy, ale to na pewno jest chłopak. Ubrany jest w czarną skórzaną kurtkę, czarne spodzie i czarne ciężkie glany. Próbuję coś powiedzieć, ale usta mam jak związane, natomiast nogi same niosą mnie w stronę środka polany. Oczy powoli przyzwyczajają mi się do migotliwej poświaty ognia i z zaskoczeniem odkrywam, że chłopak stojący przede mną to Matt. Uśmiecha się tym swoim anielskim uśmiechem.
-Witaj Anastazjo.- Mówi miękkim głosem, a w jego oczach tańczą iskierki. I wtedy okazuje się, że ognisko wcale nie jest ogniskiem.
To s k r z y d ł a.
Wielkie i czarne, a każde pióro otoczone jest języczkiem ognia. Matt rozkłada je na całą szerokość. Są... piękne. Chcę je dotknąć. Sprawdzić czy pióra są tak miękkie jak mi się zdaje. I w tym wypadku określenie "anielski uśmiech" nabiera całkiem nowego znaczenia. Czuję na sobie ciekawy wzrok Matta.  Z jego twarzy znikł ten uśmiech, a zastąpił go wyraz zachwytu i zaskoczenia, co trochę mnie dziwi.
Kiedy dotykam skrzydła, las wokół nas zaczyna płonąć. Matt od razu odsuwa się ode mnie, a ja przyglądam się płomieniom. Ogień jest stanowczo moim ulubionym żywiołem. I wtedy słyszę przeraźliwy wrzask. Dochodzi jakby zewsząd. Zatykam uszy rękami i kiedy odwracam się do Matta, już go nie ma. Zostawił mnie samą pośród płomieni.

Budzę się i gwałtownie siadam, przez co kręci mi się w głowie. Spokojnie. To był tylko sen-mówię sobie i oddycham głęboko. Budzik wyje na szawce koło łóżka. Cholerny budzik! Wyłączam go jednym mocnym uderzeniem. Dziś poniedziałek, trzeba się zbierać do szkoły.


                                                                                                                           
Nowy rozdział, tym razem króciutki specjalnie dla Was. Myślę, że się Wam spodoba. 

niedziela, 26 lipca 2015

Rozdział 2

Postanowiłyśmy pójść do najbliższej galerii w centrum Londynu. Zdążyłam już sobie kupić mocno obcisłe spodnie ze sztucznej skóry, bluzkę z logiem Nirwany i Cienką koszulę z długimi bufiastymi rękawami. Mama właśnie poszła załatwić dla nas kawę, a ja przez ten czas miałam znaleźć sobie jakąś sukienkę. Wchodzę właśnie do drugiego sklepu z tyn właśnie celem, kiedy go zauważam.
Stoi po drugiej stronie sklepu, jak zwykle przystojny i jakby nigdy nic odejmuje swoją  n o w ą dziewczynę. Co za fiut! Zero jakiejkolwiek skruchy po tym co mi zrobił! Szybko chowam się za jeden z wieszaków ....
i od razu się za to karcę.
Ann, to jest galeria handlowa, miejsce publiczne, masz takie samo prawo tu być jak i on!- Krzyczę na siebie w myślach i od razu się wyprostowuję. Zaczynam przeglądać wieszak przy którym stoję, co chwilę nerwowo zerkając w jego stronę. Jeśli chodzi o wieszak, to mam szczęście. Jest cały obwieszony różnymi sukienkami. Mój wzrok przykuwa czarny materiał. Sukienka sięga do kolan, nie ma rękawów i jest w wzór z tęczowych jaskółek. O tak, będziesz moja! Znów nerwowo podnoszę wzrok i staję jak wryta.
Przygląda mi się z drugiego końca sklepu, jego ciemno niebieskie oczy błyszczą, a brązowe włosy są nienagannie ułożone. Jego nowa dziewczyna gdzieś zniknęła, pewnie w przymierzalni. w nadziei, że za mną nie pójdzie, odwracam się na pięcie i wychodzę ze sklepu. Piękna sukienko, masz na mnie czekać! Wrócę po ciebie!- krzyczę w duchu , stawiając jak największe kroki. Już mam nadzieję, że za mną nie pójdzie , kiedy na ramieniu czuję znajomą zbyt znajomą ciepłą dłoń.
-Cześć Ann. Jak leci?- A jak sądzisz. Zostawiłeś mnie dla jakiejś niuni i masz czelność się jeszcze pytać "jak leci?" - Chcę mu wykrzyczeć w twarz, ale zamiast tego odwracam się powoli ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy.
- Cześć Kacper.- Wydobywam z siebie najbardziej przesłodzony głos, ale nie mam zamiaru odpowiadać na  jego pytanie.
- Co u ciebie?- Wyszczerza zęby w uśmiech, a ja mam tak wielką ochotę mu przywalić.
-Nic ciekawego.- Co zrobić, żeby sobie poszedł? Myśl, myśl!
- Jesteś sama?- Tak, to jest właśnie to! Dzięki cioto!
- Nie, jestem z chłopakiem.- Posyłam my przesłodzony uśmiech, od którego normalnie bym się rzygała, ale czego się nie robi w obronie własnej.
W sumie, to od naszego zerwania miną tydzień, a byliśmy ze sobą przez rok. Kacper należy do tych chłopaków do których wzdychają wszystkie dziewczyny no i ja oczywiście byłam jedną z nich. W sumie to nie wiem dlaczego zwrócił na mnie uwagę, ale w końcu biliśmy nierozłączni. Tam gdzie Kacper, tam i Ann. Tam gdzie Ann, tam i Kacper. Popsuło się miesiąc temu, kiedy zaczęłam podejrzewać że mnie zdradza. I oczywiście miałam rację.
A teraz stoimy naprzeciw siebie, on rozbawiony z żartu, który zna tylkno on, a ja szukająca drogi ucieczki. Nawet takiej jak wymyślony chłopak.
- O! A gdzie on jest? Chciałbym go poznać.- Cholera! Nie pomyślałam o tym! Szybko, szybko! Myśl!
-Musiał coś załatwić.
- Nie ma problemu, poczekam.- Zaraz na seria ci przywalę!
Rozglądam się rozpaczliwie w poszukiwaniu jakiegoś wyjścia, kiedy zauważam idącego w naszą stronę chłopaka. Wysoki, przystojny i najważniejsze- sam. Nada się. Kiedy przechodzi zaraz obok mnie, chwytam go pod ramię i przyciągam do siebie.
- Kacper, to jest Jack. Jack, to jest Kacper, mój były o którym ci mówiłam.- Wyrzucam z siebie szybko, za nim nieznajomy zdąży się wtrącić.- A teraz wybacz, ale mamy sprawy do załatwienia.- I nie tracąc czasu, ruszam przed siebie ciągną za sobą nieznajomego.
Zatrzymuje się dopiero za pierwszym zakrętem. Puszczam chłopaka, a sama próbuję się uspokoić wdychając wielkie hausty powietrza. Po chili, kiedy jako tako normalnie funkcjonuję, odzywam się do chłopaka.
-Sory za to, ale musiałam się stamtąd wydostać.- Mówiąc to wyglądam za róg żeby sprawdzić czy Kacper za nami nie idzie. upewniwszy się, że tego nie zrobił, odwracam się do nieznajomego.
Okazuje się być nie tyle przystojny, co n i e z i e m s k o przystojny.
Wysoki, dobrze zbudowany. Ma modnie obcięta włosy w kolorze miodu z delikatnymi orzechowymi refleksami. A jego oczy są szmaragdowo zielone z plamkami złota wokół źrenic, a okalają je długie czarne rzęsy. Ubrany jest w stylowe podarte dżinsy i koszulę w granatowo-złotą kratę z podwiniętymi do łokci rękawami, a z pod prawego wyłaniają cię czarne cierniowe gałęzie oplatające jego rękę. Dopiero po chwili zauważam, że ma przekłutą lewą brew, zwykły kolczyk- mała czarna kuleczka, ale jednak. Stanowczo nie jest to chłopak w moim typie.
Uświadamiam sobie iż on również mi się przygląda i nie wiem dlaczego, ale się rumienię, co wcale nie jest fajne. Szybko staram się to ukryć, ale raczej kiepsko mi to idzie. Chłopak, wyczuwszy moje zmieszanie, w końcu coś mówi.
- Eee... Nie musisz przepraszać. Dzięki temu było ciekawiej.- Ma miękki głos i mogłabym go słuchać w nieskończoność. A później na jego twarzy rozkwita uśmiech.
Uśmiech ten odsłania idealnie proste białe zęby. Tylko anioły mogą mieć takie, a on nim nie jest. No chyba,że takim upadłym.
-I jeśli ma mnie porywać tak piękna dziewczyna, to życzę sobie więcej takich niespodzianek.- Dodaje po chwili, a po mojej twarzy rozlewa się fala gorąca.-  A tak przy okazji, to jestem Matt.- Wyciąga rękę, którą delikatnie potrząsam.
-Ja jestem Ann.- Jego dłoń jest taka ciepła i miękka. Dotyk jego długich palców wywołuje moje mimowolne drżenie.
- Ann to skrót od...?- Puszcza moją dłoń, a ja mam tak wielką chęć znowu złapać go za rękę karcę się za zachowanie mojego ciała.
-Od Anastazja.- W sumie jest jedną z nielicznych osób, które odkryły iż "Ann" to skrót.
-Anastazja.- Jego twarz przybiera rozmarzony wyraz. Po jednym uderzeniu serca niespodziewanie wysuwa rękę do przodu i wyciąga z mojej przedniej kieszeni spodni telefon, który wcześniej tam włożyłam. Odblokowuje ją i zaczyna czegoś szukać.
-Ej Co robisz!? Oddawaj!
-Zaraz ci oddam. Zaufaj mi.- Mówiąc to zaczyna coś pisać. Na m o i m telefonie! Ale postanawiam dać mu tę przyjemność i tylko czekam nerwowo podrygując nogą. Ręce mnie świerzbią żeby wyrwać mu ten telefon i odejść, więc zaplatam je na piersiach i obserwuję mijających nas ludzi.
Jakaś para, mniej więcej o 2 lata ode mnie starsza, szepcze sobie coś na ucho, pewnie ustalają dzisiejszy łóżkowy plan na wieczór. Dziecko, około 3-letnie, popiskuje cicho i ciągnie mamę w kierunku stoiska z balonami. Jedna kobieta próbuje- swoją drogą nieskutecznie- ukryć fałdki tłuszczu widoczne pod zbyt obcisłą bluzką. Grupa 5 dziewczyn, młodszych ode mnie o jakieś 2-3 lata, chichoczą cicho po drugiej stronie przejścia i pokazują sobie Matta, który swoją drogą nadal bawi się moim telefonem. Kiedy posyłam dziewczynom mordercze spojrzenie, te od razu milkną i odchodzą. Wtedy na drugim końcu galerii zauważam idącą w naszą stronę mamę z dwoma kubkami kawy. Jeszcze mnie nie zauważyła, ale kiedy to się stanie na pewno zostanę zalana pytaniami takimi jak "Co to za chłopak?", "Znacie się?", "Jest przystojny, prawda?" i tak dalej, a tego za wszelką cenę chcę uniknąć.
-Ej, koleś oddawaj telefon.- Unosi wzrok znad ekranu i patrzy na mnie pytająco unosząc przekłutą brew. - Moja mama tu idzie, a ja nie mam ochoty tłumaczyć dlaczego obcy chłopak grzebie w moim telefonie.
-Czekaj chwilę, już kończę.- Klika coś jeszcze kilka razy i w końcu oddaje mi telefon.- Do zobaczenia Anastazjo.- Rusza przed siebie i przechodząc obok mnie delikatnie muska palcami moją dłoń.Kiedy znika za rogiem, zauważa mnie moja mama i podchodzi do mnie energicznym krokiem.
-I co? Znalazłaś coś ciekawego?- Pyta wręczając mi kubek pachnącej cynamonem kawy.
-Tak, znalazłam.- I to nawet nie wiesz jak bardzo dodaję w myślach i ruszam w kierunku sklepu z tamtą ładną sukienką.


                                                                                                                             
Oto i następny rozdział. Mam nadzieję, że się podoba.
Zostawiajcie komentarze z opiniami. ;-)

czwartek, 23 lipca 2015

Rozdział 1

Liczę wszystko. Liczę moje oddechy, łzy spływające po policzkach, uderzenia serca. Powoli zaczyna braknąć mi liczb. Cisza, otacza mnie cisza zmącona tylko moim cichym szlochem.
Wyglądam przez okno. Świeci słońce, ptaki latają w tę i z powrotem, a ja zastanawiam się czemu świat jest taki szczęśliwy. Z nieba powinno spadać miliony kropel, niczym mali skoczkowie, którzy wyskoczyli z samolotu bez spadochronu, a jedynym śladem po ich wyczynie byłaby mokra plama gdzieś tam na chodniku. Świat chyba po prosty chce mi zrobić na złość.
Przypominam sobie jego oczy w kolorze burzowego nieba wpatrzone we mnie. Jego dłonie badające moje ciało. Jego usta przyciśnięte do moich. A potem napływa wielka fala bólu, kiedy przypominam sobie, jak te oczy, te dłonie i te usta były w posiadaniu innej. Nie powinnam Nie mogę Nie chcę o tym myśleć.
A jednak to robię
a moje serce
rozpada się
na
1 000 000
maleńkich
kawałeczków
Powinnam być zła, wściekła. Powinnam chcieć go dorwać i ukarać za to co mi zrobił. Za to, że mnie okłamywał. Za to, że doprowadził mnie do płaczu, co nie zdarza mi się często. Ale ja potrafię tylko patrzeć się w okno. Obejmuję się mocniej ramionami i kołyszę w przód i w tył w przód i w tył w przód i w tył.
Z odrętwienia wyrywa mnie 2-krotne pukanie w drzwi.
-Ann, żyjesz tam jeszcze?
Nie, umarłam. Nie żyję. Została ze mnie tylko mokra plama łez chcę powiedzieć, ale gardło mam spuchnięte te od płaczu i wiem nie dałabym rady. Za to jeszcze mocniej oplatam nogi ramionami.
Nie doczekawszy się odpowiedzi, mama wchodzi do pokoju. Jest wysoka i szczupła, ale nie można powiedzieć, że jest płaska. Ma bardzo długie zgrabne nogi, a czarne włosy spływają jej falami na ramiona. Jej przenikliwe oczy są brązowo-zielone. Kiedyś słyszałam jak ktoś się śmiał, że są w kolorze zgniłego miodu, ale według mnie są piękne.
W 4 szybkich krokach pokonuje dzielącą nas odległość i siada na podłodze obok mnie. Przyciąga mnie do siebie i opiekuńczo gładzi mnie dłonią po ranieniu.
-Kochanie, wiem, że ci ciężko. Ale poszukaj też plusów. Następnym razem nie będzie aż tak boleć.
- To będą następne razy?- Brzmię trochę jak jakaś schorowana stara babuleńka, ale chrzanić to.
-Jasne, że będą, ale pierwsze złamane serce boli najbardziej.- Całuje mnie w czoło i podnosi się z podłogi.- A teraz podnoś ten swój szanowny tyłek. Wychodzimy!- Teatralnie zaciera ręce, a oczy jej błyszczą z rozbawienia.
-Gdzie idziemy?
- No a co lepiej pomaga na złamane serca jak nie zakupy? Wstawaj! Za 10 minut masz być gotowa.
Zrywam się z podłogi i w paru krokach dopadam drzwi łazienki. Nie jestem typem dziewczyny, która przejmuje się tylko ciuchami, ale lubię mieć co na siebie włożyć. A zakupów z mamą nie przegapiłabym nigdy. Paroma szybkimi ruchami rozczesuję moje brązowe włosy, zbieram je w ciasny koczek na czubku głowy i myję twarz. Nakładam delikatny makijaż. W sumie to tylko błyszczyk i tusz to rzęs, który podkreśla złotawy kolor moich oczu. Nie lubię się malować. Patrzę jeszcze na to w co jestem ubrana- czarne dżinsy i cienki sweter- i uznaję, iż nie muszę się przebiegać.
Wypadam z łazienki i biorę jeszcze z pokoju torbę, która zawsze jest gotowa na wyjście. Zbiegam po schodach i wkładam moje ulubione bordowe trampki, które swoją drogą są już strasznie zniszczone. Staję przed mamą w pozycji "na baczność" i podnoszę dłoń do czoła.
-Gotowa do służby generale!- wykrzykuję i opuszczam rękę płasko przy ciele. Mama śmieje się tylko, otwiera drzwi i wychodzi.


                                                                                                                               
Oto i pierwszy rozdział. Mam nadzieję, że się wam spodobał. Następny pojawi się kiedy skończę go przepisywać, ponieważ jest dwa razy dłuższy, a ja strasznie nie lubię przepisywać na komputer. Życzcie mi powodzenia. ;)