Kiedy podchodzę do krawędzi polany, okazuje się być pusta. Jeszcze raz przeczesuję wzrokiem otoczenie i zatrzymuję się na czarnej postaci pośrodku. Stoi tyłem do ognia, więcej nie widzę jego twarzy, ale to na pewno jest chłopak. Ubrany jest w czarną skórzaną kurtkę, czarne spodzie i czarne ciężkie glany. Próbuję coś powiedzieć, ale usta mam jak związane, natomiast nogi same niosą mnie w stronę środka polany. Oczy powoli przyzwyczajają mi się do migotliwej poświaty ognia i z zaskoczeniem odkrywam, że chłopak stojący przede mną to Matt. Uśmiecha się tym swoim anielskim uśmiechem.
-Witaj Anastazjo.- Mówi miękkim głosem, a w jego oczach tańczą iskierki. I wtedy okazuje się, że ognisko wcale nie jest ogniskiem.
To s k r z y d ł a.
Wielkie i czarne, a każde pióro otoczone jest języczkiem ognia. Matt rozkłada je na całą szerokość. Są... piękne. Chcę je dotknąć. Sprawdzić czy pióra są tak miękkie jak mi się zdaje. I w tym wypadku określenie "anielski uśmiech" nabiera całkiem nowego znaczenia. Czuję na sobie ciekawy wzrok Matta. Z jego twarzy znikł ten uśmiech, a zastąpił go wyraz zachwytu i zaskoczenia, co trochę mnie dziwi.
Kiedy dotykam skrzydła, las wokół nas zaczyna płonąć. Matt od razu odsuwa się ode mnie, a ja przyglądam się płomieniom. Ogień jest stanowczo moim ulubionym żywiołem. I wtedy słyszę przeraźliwy wrzask. Dochodzi jakby zewsząd. Zatykam uszy rękami i kiedy odwracam się do Matta, już go nie ma. Zostawił mnie samą pośród płomieni.
Budzę się i gwałtownie siadam, przez co kręci mi się w głowie. Spokojnie. To był tylko sen-mówię sobie i oddycham głęboko. Budzik wyje na szawce koło łóżka. Cholerny budzik! Wyłączam go jednym mocnym uderzeniem. Dziś poniedziałek, trzeba się zbierać do szkoły.
Nowy rozdział, tym razem króciutki specjalnie dla Was. Myślę, że się Wam spodoba.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz